Przedstawienie na zakończenie roku w przedszkolu.
W przedszkolu u mojej młodszej córki było uroczyste zakończenie roku. Z tej okazji Panie wraz z dziećmi przygotowały przedstawienie dla rodziców. Moja córka od miesięcy cieszyła się tym przedstawieniem, mówiła nam swoją rolę, role innych dzieci, pokazywała układ taneczny, śpiewała piosenki.
W dniu przedstawienia, przed wyjściem do przedszkola moja córka powiedziałam mi, że się trochę denerwuje. Pani powiedziała jej, że podczas przedstawienia nie może do mnie podejść.
Powiedziałam, że Pani tak zdecydowała, bo może chce sprawdzić czy tym razem nie będzie płakała.
Nadmienię tylko, że córka na dzień mamy i taty, gdy zobaczyła wszystkich ludzi, popłakała się. Przyszła do mnie i resztę przedstawienia przesiedziałyśmy wtulone w siebie.
Pani nie skonsultowała tego ze mną. Ja sama w ferworze codzienności i innych obowiązków nie wsłuchałam się w córkę i w siebie. Weszłam w to, bez zatrzymania się. Z automatu pomyślałam, że w sumie czemu nie spróbować?
Czas na przedstawienie!
Przyszła pora przedstawienia. Cała sala była pełna rodziców każdego dziecka. Dzieci wyszły na środek sali. Patrzę na moją córkę i widzę, że cała jest spięta, zasłania swoją twarz i zaczyna płakać. Ja z mężem i starszą córką siedzimy.
Przyjęłam tę sytuację, na zasadzie, że tak jest, tak się po prostu stało. Mam akceptację na to co się stało. Przyjmuję, że moja córka płakała, że było jej trudno występować przed dużą liczbą ludzi. Ona tak po prostu teraz ma. Może to się u niej zmieni, może nie. Świat się nie kończy.
Emocjonalne przedstawienie w mojej głowie.
Ale wiesz co? Coś mi dalej uwierało w tej sytuacji.
Pojawiło się poczucie winy i wstyd, że dopuściłam do tej sytuacji.
Moje myśli krążyły wokół: nie wsparłam swojej córki. Pozwoliłam jej tak stać przez całe przedstawienie, w tym zamrożeniu, smutku, lęku, płaczu, napięciu.. Pomyślałam sobie: co ze mnie za matka?! Jak musiało być jej z tym ciężko?! Tak stać przed tyloma dorosłymi na środku i płakać i wiedzieć, że oni wszyscy to widzą. A ona nie może się ruszyć. Jak musiało być jej trudno?! Szukając mojego wzroku z nadzieją, że ją zawołam i pomogę ukoić jej emocje.
Teraz widzę, jaki to musiał być dla niej koszmar, że to co tak bardzo chciała nie nadeszło.
To wszystko dotarło do mnie dopiero wtedy, gdy mi samej opadły emocje, gdy sama odpoczęłam i się rozluźniłam. Gdy najpierw zadbałam o siebie, nagle moja świadomość się poszerzyła. Dopiero wtedy zaczęłam mieć dostęp do tej sytuacji z innej perspektywy.
Przecież ja tego nie chcę. Przecież to nie jest zgodne z moimi wartościami. Co tu się wydarzyło?!
Mój krytyk wewnętrzny dał mi nieźle popalić. Ale to nie o to chodzi, by sobie dowalać, by po tej sytuacji uznać siebie za najgorszą matkę roku. Ważne jest to, że to złapałam. Zauważyłam. Zrozumiałam czego chcę, a czego nie chcę w moim życiu, w mojej relacji z córką.
Bo o co w tym wszystkim chodzi?
To nie jest czarno biała sytuacja. Dzięki temu co się wydarzyło, miałam możliwość wglądu i poznania siebie i swojej córki. Miałam możliwość doświadczyć, co u nas działa, a co nie.
To jest teatr pod tytułem życie.
Tutaj nie ma złych i dobrych odpowiedzi, reakcji. To jest po prostu życie.
Na ten moment miałam tyle zasobów i zrobiłam najlepiej jak potrafiłam. Podjęłam wtedy taką decyzję, bo wierzyłam, że będzie ona dobra, że może coś zmieni, coś nowego wniesie.
I wiesz co? Wniosła!
Ta decyzja przyniosła mi więcej jasności, że chcę podążać za sobą i swoją córką.
Utwierdziłam się w fakcie, że to ja jestem mamą i najlepiej znam swoją córkę.
Nikt inny nie znam mojej córki tak dobrze i codziennie nie odpowiada na jej potrzeby tak jak ja.
Przyszło do mnie, że zaufanie do siebie jest tu najważniejsze.
Świadomość mnie samej i mojej córki jest tym czym chcę się kierować w moim życiu.
Nie mam co siebie linczować za tą sytuację.
Najważniejsze jest to, żeby siebie i swoje dziecko w tym wesprzeć. Utulić, z czułością i uważnością pogadać, przeprosić, zapytać co czuła, co by ją wsparło? I z ciekawością i otwartością SŁUCHAĆ co powie. Słuchać co jest dla niej ważne.
Czy to błąd? Czy to coś złego?
Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby nie traktować takich sytuacji na zasadzie błędu. A przede wszystkim nie traktować tego jako coś złego, niedopuszczalnego.
Warto podejść do tego jak to doświadczenia. Przecież to co się wydarzyło jest piękną i cenną informację o sobie i swoim dziecku.
Ja dostałam piękną naukę dla siebie z tego wydarzenia.
Czerpię z niej garściami i świętuję, że potrafiłam ją dostrzec i wyciągnąć z niej dla siebie tak ważne wnioski.
Bo życie, to ciągła nauka, ciągła zmiana, ciągłe doświadczenia. To różnorodność wokół nas, ale również różnorodność nas samych, tam w środku.
Czy Ty też masz takie sytuacje? Ciekawa jestem Twoich przemyśleń.
Z miłością,
Pani Empatia – Ewa Gosiewska



Monika
W przedszkolu u mojej córki takie sytuacje były nagminne. W jej grupie było tak, że jak jedno dziecko zaczęło płakać, to po 3 minutach płakało już kilka dzieciaków, taki efekt lawinowy 🙂 Ciężko tak siedzieć i patrzeć z jednej strony, a z drugiej czy to nie jest pewnego rodzaju doświadczenie przez które każde dziecko prędzej czy później przechodzi? U nas było tak, że jak kilka dzieciaków płakało to było im łatwiej, jakkolwiek to nie zabrzmi. A rodzice to zamiast przeżywać to w telefony wgapieni, bo nagrywali występy. Pozdrawiam!