Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, słuchać ich, obserwować ich działania. Odkąd pamiętam w kontakcie z drugim człowiekiem naturalnie przychodzi mi tworzenie przestrzeni pełnej życzliwości, ciepła i akceptacji, a mój dźwięczny śmiech potrafi rozweselić i zarazić energią niejedną osobę, powodując, że ludzie faktycznie chętnie chcą ze mną przebywać i wybierają mnie do towarzyszenia im w tym co jest dla nich ważne.
Odkąd pamiętam lubiłam z ludźmi rozmawiać, przebywać z nimi, słuchać i rozumieć ich w tym z czym są. Naturalnie przychodziło mi towarzyszenie i tworzenie przestrzeni pełnej życzliwości, akceptacji, ciepła i zaufania. Zawsze fascynowały mnie wszelkiego rodzaju książki i filmy psychologiczne, nieszablonowe podejścia. Wszystko to wzbudzało we mnie ogromną ciekawość.
W szkole średniej postanowiłam, że chcę pójść na studia z psychologii, by móc zgłębiać swoją fascynację do człowieka.
Kiedy podzieliłam się swoimi planami z moimi rodzicami, szybko zostałam sprowadzona na ziemię, „Co?! Ty chcesz zostać psychologiem?” „przecież z tego nie ma pieniędzy” „po co Ci czyjeś problemy na głowie, jak sama masz swoje”, „nie poradzisz sobie, lepiej zostań dentystą, to jest dobrze płatny zawód, a nie jakiś psycholog” – usłyszałam.
Dla młodej osoby jaką byłam, to był olbrzymi cios. Cios w poczucie własnej wartości w swoje możliwości. Mój świat się załamał i uwierzyłam, że się do tego nie nadaję – wtedy po raz pierwszy zapomniałam o sobie.
Jak potoczyła się dalej moja historia?
Czas mijał, poszłam na zupełnie inne studia, do zupełnie innej pracy niż chciałam. Próbowałam być kimś innym, niż byłam. I tak dzień za dniem zapominałam o sobie. Aż pewnego dnia postanowiłam spełnić moje jedno z najważniejszym marzeń – założyć rodzinę i zostać mamą.
Gdy jeszcze nie miałam dzieci, lubiłam obserwować rodziców i ich pociechy i wyobrażałam sobie moje macierzyństwo – oj dawałam się ponieść wodzy wyobraźni – niczym z reklamy telewizyjnej płatków śniadaniowych 😊
Tak, to był piękny czas! Wszystko było miód, cud i malina, wprost idealne! Nigdy później nie udało mi się osiągnąć tego idealnego stanu, tej idealnej mamy i idealnej rodziny (nawet wtedy, gdy urodziłam swoje dzieci). Naprawdę! 😊 A wiecie dlaczego? Bo to były tylko moje wyobrażenia, a w rzeczywistości nie ma czegoś takiego jak idealne. Brr.. już na samą myśl o tym słowie mam poczucie jakbym była w pułapce. Ale do rzeczy.
Moje macierzyństwo mocno sprowadziło mnie na ziemię. Marzyłam o tym, aby tworzyć relacje oparte na miłości, szacunku i akceptacji. Chciałam wspierać moje dzieci w ich wyborach, ciekawości do świata, pomagać im budować ich pewność siebie i poczucie własnej wartości.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że bycie rodzicem wcale nie jest takie proste, że samo stanie się mamą nie gwarantuje mi, że posiądę wszystkie mądrości świata, a mój wrodzony instynkt macierzyński nie zadziała, jak czarodziejska różdżka, która zaczaruje moje dzieci i mój świat tak, jakbym tego sobie życzyła, że jest księżniczka i jest królewicz i żyli długo i szczęśliwie.
A tu psikus, życie toczy się dalej i pisze swój własny scenariusz.
Rola żony i mamy zdominowała moje życie, do tego stopnia, że po raz drugi zapomniałam o sobie. Najważniejsze były dzieci, potem mąż, a na samym końcu byłam ja. Mijał dzień za dniem i z dnia na dzień czułam rosnącą frustrację w sobie.
Pewnego dnia zrozumiałam, że wpadałam w powtarzające się schematy, które mnie nie wspierały, a jedynie męczyły, sprawiając, że czułam się coraz bardziej nieszczęśliwa.
Zorientowałam się, że nawet kiedy udało mi się znaleźć trochę czasu dla siebie, to tak naprawdę nie wiedziałam co lubię robić, co mi sprawia przyjemność. Zdałam sobie sprawę, że nawet „nic nie robienie” podszyte było u mnie wyrzutami sumienia i poczuciem winy, ponieważ lista obowiązków rosła, tak samo jak moja frustracja, złość i cała paleta innych uczuć, od wyczerpania, osamotnienia, smutku, rozżalenia, aż do poczucia nieszczęścia, o które obwiniałam wszystkich w koło, w tym również samą siebie.
W pewnym momencie dotarło do mnie, że moje marzenie o relacjach opartych na miłości, szacunku i akceptacji, rozmijają się z rzeczywistością.
Nie wiedziałam skąd i kiedy pojawiały się krzyki, a słowa pełne ocen i krytyki same wylatywały z mojej buzi. A potem wieczorami w samotności pod prysznicem wylewałam z siebie hektolitry łez, z poczucia winy i bezsilności. Obiecywałam sobie „jutro tak nie zrobię”, „zareaguję inaczej”. Przychodził następny dzień, a historia się powtarzała. Czułam się jakbym była w jakimś kołowrotku, czułam bezsilność zażenowanie, wyczerpanie, bo nie umiałam i nie wiedziałam jak mogę z tego błędnego koła wyjść. Czułam ogromną złość do samej siebie, że nawalam, że jestem złą i beznadziejną mamą, która zamiast wspierać swoje dzieci, to w rzeczywistości podcina im skrzydła.
To był dla mnie moment zwrotny w moim życiu. Wiedziałam tylko czego nie chcę. Postanowiłam szukać informacji i inspiracji jak mogę wesprzeć siebie w rodzicielstwie, jak mogę wesprzeć swoje relacje ze sobą samą i z moimi dziećmi i innymi ludźmi. Tak trafiłam na podejście Rodzicielstwa Bliskości i Jespera Juula, dzięki którym poczułam nadzieję i szansę na zmianę. Wtedy też po raz pierwszy spotkałam się z podejściem NVC czyli Porozumienie bez Przemocy wg Marshalla Rosenberga, które zawołało moje serce i tak zostało do dziś.
Dla mnie odkrycie Porozumienia bez Przemocy, to było jak znalezienie brakującego puzzelka, który dopełnił moje życie. Dzięki niemu zrozumiałam, że życie jakie pragnę, nie musi być jakimś odległym marzeniem, czymś nieosiągalnym, ale właśnie może być realne, tu i teraz – i zaczęłam tego doświadczać na własnej skórze.
Wkrótce potem ukończyłam studia podyplomowe z Porozumienia bez Przemocy, przeszłam liczne procesy rozwojowe, warsztaty i kursy, dzięki którym otrzymałam ogrom wiedzy, narzędzi, by zrozumieć siebie, moich bliskich i otaczający mnie świat. Dotarło do mnie, że aby tworzyć zdrowe relacje z dziećmi, mężem i innymi ludźmi, niezbędna jest relacja z samą sobą, a kluczem do tego jest empatia. Empatia dla siebie i innych.
To doświadczenie pokazało mi jak ważne jest to bym świadomie zadbała o siebie, jak ważne jest bym ćwiczyła umiejętność zatrzymania się i przyglądania się sobie, bym uświadamiała sobie moje przeżycia z mojego dzieciństwa, swoje lęki i obawy, swoje traumy, po to żebym nie przekazywała i nie przelewała ich na swoje dzieci.
Podróż jaką były dla mnie studia obudziła we mnie pragnienie siania w ludziach nasion, które wydają owocne plony. Zrozumiałam, że nie muszę być psychologiem z dyplomem, żeby pomagać innym mamom i rodzicom.
Dostałam gotowe narzędzia, które wskazały mi drogę do zmiany mojego stylu wyrażania siebie i słuchania tego co mówią do mnie inni. Nauczyłam się w jaki sposób mogę słuchać siebie, dostrzegać to co jest dla mnie ważne, o co mi chodzi kiedy wpadam w złość i gdy ogarnia mnie poczucie bezsilności.
Odkryłam, że moją super mocą jest empatia i bycie z człowiekiem, że moja historia, doświadczenie i wiedza jest fantastycznym przykładem tego, że kluczem do zmiany naszego świata jest podróż w głąb siebie, jak mawiał Mahatma Gandhi „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”.


